Przed spotkaniem 11 kwietnia: Wywiad z Wiktorem Rusinem.

Przed spotkaniem 11 kwietnia: Wywiad z Wiktorem Rusinem.

Jedenastego kwietnia zapraszamy na spotkanie Wiktorem Rusinem, a na razie zachęcamy do przeczytania wywiadu z autorem.

Max Wolski:  Zacznę trochę od środka, od pytania niby detalicznego, które jednak wydaje mi się dość istotne – w powieści „Wakacje” przywiązujesz ogromną, wręcz jakąś „paranoiczną” wagę do wyglądu zewnętrznego postaci, wielu z nich towarzyszą określone gadżety, określony sposób zachowania czy może po prostu „ruchów”. Tak jakbyś wprowadzał aktora na scenę, dobierał ściśle określony kostium, charakteryzował go. Rzecz generalnie dosyć rzadka w prozie, intrygująca, ale mnie wydaje się nieco sztuczna. Z czego to wynika?

Wiktor Rusin: Na przykład z fascynacji filmem. Dokładniej chodziłoby mi o przykłady dawniejszego kina, które były moją małą obsesją w okresie, w którym to pisałem.  Głównie komedia – pomyśl o Keatonie, braciach Marx. Czy choćby nawet jeszcze o powojennym filmie noir, o Bogarcie. Ten ostatni – kapelusz, specyfika ruchów. Głos! To wszystko sprawiało, że kiedy Bogart pojawiał się na ekranie – a nie jest do końca dla mnie pewne, czy był „warsztatowo” bardzo dobrym aktorem – potrafił uczynić dobry film bardzo dobrym jak w przypadku Sokoła Maltańskiego, a scenariuszową sztampę, jak Casablanca, filmem, powiedzmy, kultowym. Za pomocą specyficznej idiomatyki gestów, czytelnych, wyróżniających się, a jednocześnie wieloznacznych, aktor może czasem pokazać wiele więcej, a przynajmniej „grać ciekawiej” niż za pomocą klasycznego warsztatu, prób gry psychologicznej itd.

Max Wolski: Tak, do tego nawet często robisz wprost aluzje. Coś w rodzaju niemego bohatera-manekina, który uskutecznia cały czas swoje obsesyjne ruchy, niezależnie od tego, co się dzieje dookoła. Być może dlatego w Twoim utworze tak mało jest dialogów. To jak gdyby nieme kino, ilustrowane gdzieniegdzie muzyką z offu. Gdzie indziej stylizujesz bohatera na sztywnego amanta: Rudolf Valentino w akompaniamencie walca wiedeńskiego itp., gdzie indziej „na egzystencjalistycznego” utrapieńca rodem właśnie z estetyki noir… A nawet w jednym miejscu aktor z filmów porno. Ale to chyba nie jest główny powód?

Wiktor Rusin: To co mam na to odpowiedzieć, żeby brzmiało na serio? (śmiech) Głębszy powód może bierze się z namysłu nad funkcją, jaką w ogóle pełnić może bohater literatury. Jako pewna figura. Przecież to siłą rzeczy bohater papierowy, to widmo, a nie człowiek. W innych próbach, które finalizuję, obiecałem sobie potraktować rzecz bardziej realistycznie – ale tutaj ta widmowość postaci, jej „bycie wymyśloną”– jest jednym z głównych tematów całej powieści. W pewnym sensie „dziwność” tego ma ułatwić sprawę czytelnikowi, wskazać na istotę problemu. No więc interesuje mnie coś, co nazwałbym postacią hybrydalną albo eksperymentalną – człowiek-amalgamat różnych paradoksów, różnych sposobów życia, różnych miejsc, epok itd. Bohater eksperymentalny różni się od bohatera złożonego psychologicznie tym, że u tego drugiego przy wszystkich jego sprzecznościach, prowadzących czasem do obłędu, rozpadu osobowości itd. istnieje i cały czas utrzymuje się jakieś ewidentne wewnętrzne podłoże jego stanu ducha, niekiedy samo w sobie mroczne i zagmatwane, ale jednak jest to jedno źródło, choćby ciemne i mętne, z którego wynikają wszystkie sprzeczności w zderzeniu z życiem, społeczeństwem itd. Postać psychologiczna może być nieprawdopodobnie pojemna i zróżnicowana, ale jest to jedna indywidualność. Inaczej postać eksperymentalna, papierowy cyborg – to figura czysto literacka, fikcyjna, która ma być nośnikiem określonych zdarzeń i konfliktów. Postać ta w ogóle nie ma a priori żadnych wewnętrznych właściwości, jest raczej scaleniem różnych postaci, różnych zachowań zaczerpniętych z zewnątrz, w jeden głos. Porównałbym tę postać do kolażu w malarstwie. Nie tyle nawet wielość cech charakteru, ile kolaż charakterów. Ale kolaż musi być też jakoś zorganizowany. Dlatego chcę, żeby ten bohater hybrydalny był jednak jakoś wyodrębniony, rozpoznawalny, charyzmatyczny na swój sposób. W związku z tym czułem pokusę, żeby postać eksperymentalną ubrać w ciało, uczynić ją kimś konkretnym, uchwytnym. Chcę, żeby jej złożoności towarzyszył, na podstawowym, cielesnym niemal poziomie jakiś rozpoznawalny system gestów. To może pierwszy motyw.
W tym momencie zaznaczę, że rzecz ta w obecnym stanie jest efektem współpracy moim i Marka Sobczyka, jednego z moich ulubionych i najwybitniejszych dzisiejszych artystów polskich. Równolegle, bo w ogóle lubię rozdwojenia – czego dowodem jest tandem bohaterów powieści, Guliwer i Jambroży – pisałem drugą rzecz: parodię thrillera prawniczego i powieści korporacyjnej pt. Przypadki Mecenasa Jarzembowskiego, która też wyszła mi dość dziwnie. Ale przynajmniej przez 2/3 akcji sprawia wrażenie typowej obyczajówki – reportażu z życia zawodowego i uczuciowego białych kołnierzyków różnych generacji. W dzisiejszych realiach być może zadebiutowanie akurat Wakacjami jest odważne, ale Marek Sobczyk tchnął we mnie nową wiarę w cały projekt. Okazuje się, że jest to komunikowalne (śmiech), a przy tym ta komunikacja może być niesłychanie twórcza. Wydaje mi się, że Marek, któremu nigdy wcześniej chyba nie pokazywałem moich prób prozą, ani nie uprzedzałem go o tym, co to dokładnej ma być, zupełnie instynktownie, od razu, odgadł moje intencje, a w każdym razie doskonale wyczuł hybrydalność bohatera, celową dwuznaczność tekstu, a też pewien „obrazkowy” klimat poszczególnych epizodów. Jego obrazy są czasem przekorne wobec mojego tekstu, są wobec niego czasem polemiką, a czasem są wręcz jakby przypadkowe – ale stanowią zawsze jego dalszy ciąg,  to jak gdyby rozwinięcie słów w obraz, ten tekst sam jest przecież non stop autopolemiczny – na podobnej zasadzie. Ciekawe, jak totalnie niezależna praca dwójki osób potrafi się ze sobą uzupełniać… Tak więc jakąś charyzmę i zdolność uwodzenia ta postać Karola Guliwera jednak chyba ma.

Max Wolski: Ilustracje i relacje tekst-obraz to osobny wątek, wręcz na inną rozmowę.  Na razie jednak skupmy się na tekście – bo co do tego, co mówiłeś wcześniej, to miałbym już parę wątpliwości – proste, zewnętrzne dosłowne opisy bohaterów „Wakacji” nie wyjaśniają zagadki niejasnej tożsamości postaci. A nawet jest przeciwnie – im bardziej „konkretne”, „proste” opisy, tym większe mam wrażenie, że to jest całkowite wyprowadzanie czytelnika na manowce.

Wiktor Rusin: Ależ oczywiście! Ten system gestów jest też jakąś maską, nie jest wprost wykładem koncepcji bohatera. Sama istota bohatera leży może naprzeciw jego zachowania, ujawnia się poprzez przeciwieństwo wobec sposobu, w jaki się na pozór zachowuje i w jaki mówi o sobie. Sama rzeczywistość postaci jest może wręcz przeciwieństwem tego, co ta postać mówi. Wakacje to powieść o anonimowym człowieku, zresztą rozdwojonym na co najmniej dwie różne postacie, który najprawdopodobniej przeżył naprawdę zupełnie co innego niż to, co opisuje! Jego rzeczywistość co najwyżej czasem przebłyskuje spomiędzy opowiadanych kłamstw, jest zagadką, polem do domysłów, które Czytelnik powinien sobie jakoś wypełnić. Tworzę powieść-apokryf, tekst napisany przez nieznaną osobę, co do którego sam nie wiem, jak go interpretować. To Czytelnik może sobie podstawić, kim naprawdę mógłby być w realnym życiu społecznym głos podający się na początku historii za Karola Guliwera, a na końcu jak gdyby dystansujący się od niego, i z jakiej perspektywy życiowej miałby sobie zmyślać akurat takie przygody i udawać tego typu szaleństwo! W tym sensie – bo nie w sensie formalnym, jak np. u Cortazara – to tzw. powieść otwarta. Tu znów obrazy Marka są dowodem tej właśnie otwartości – każdy czytelnik lubiący sobie fantazjować, którego nie zrazi humor narratora, może dokładać swoje puzzle. Bo w gruncie rzeczy – Marek dobrze to wyczuł w jednym obrazku-komentarzu – to w jakimś sensie powieść o „gorączce mózgu”, o tworzeniu fabuł, wyobrażeń. Być może powieść Wakacje to po prostu stenogram pracy wyobraźni Wiktora Rusina, z wszystkimi jej wzlotami i mieliznami w trakcie jednego wieczora, kiedy przyszła mu do głowy idea na powieść pt. „Wakacje” i różne warianty jej rozwoju. Jest gdzieś też – o ile dobrze pamiętam – aluzja do tego, że taka interpretacja jest możliwa, ale to chyba akurat trop nieprawdziwy, chociaż oczywiście w dużej mierze to powieść autotematyczna, tyle że starałem się podejść nietypowo do tego autotematyzmu, tak żeby nie był od razu w pełni oczywisty dla odbiorcy.

Max Wolski: Ale to zupełnie inny wątek! Co prawda właśnie odpowiedziałeś mi na parę zupełnie innych pytań, które miałem zadać, może nawet najważniejszych, ale chyba nie skończyliśmy jeszcze pytania o rzeczywistość w utworze, której paradoksalnie najbardziej mi brakuje tam, gdzie niby jest najzwyczajniej, najdosłowniej. Natomiast teraz powiem Ci, gdzie mam największy problem z uchwyceniem sensu „Wakacji”: W Twojej powieści wyraźnie widać skłonność do łączenia sytuacji, gatunkowo czy w punkcie wyjścia jeszcze realistycznych, codziennych, prozaicznych z czystą fantasmagorią. To w porządku, to sam lubię, skądinąd to przecież nic nowego. Wydaje się, że generalnie fragmenty halucynacyjne pozostają w jakimś, nawet jeśli mocno odkształconym, stosunku do określonych zjawisk dzisiejszego życia. O szczegółową realizację tego planu skądinąd można by się spierać, miałbym parę pytań co do charakteru kilku epizodów, ale nie przeciągajmy w tym momencie, bo moje podstawowe zastrzeżenie jest gdzie indziej: Zauważam tam też fragmenty purnonsensowne. Co więcej, mylące czytelnika o tyle, o ile pojawiają się obok fragmentów pisanych dość poważnym tonem. Na przykład w niektórych partiach widzę coś w rodzaju dadaistycznych eksperymentów nie tyle na poziomie słów, ile, co jeszcze niebezpieczniejsze, na poziomie myśli, rozważań, które brzmią poważnie, wręcz intymnie albo jak credo życiowe narratora, a zostają nagle przekreślone albo podważone, jak gdyby ktoś wymierzył im kopniaka. Czy to już nie nadmierny dysonans?

Wiktor Rusin: Hm, sam się właśnie nad tym zastanawiam. Dobra, myślę, że ten pomysł cały czas się broni. To coś, co określiłbym jako dadaizm kontrolowany, i to chyba może być ożywcze. Wyobrażam sobie wplecenie momentów totalnego absurdu jako coś w rodzaju dzwonka ostrzegawczego dla czytelnika – po to, żeby do końca nie uwierzył w to, co jest dosłownie napisane. Żeby przyjął w twórczym i zaplanowanym przez autora sensie postawę krytyczną względem tego, co zostało właśnie opowiedziane. To się integralnie wpisuje w cały zamysł. Poza tym jednak chodzi o rozrywkę – tylko że dosyć mocno „odjechaną”. Myślę, że przy wszystkim poważniejszych podtekstach to mimo wszystko komedia. No, powiedzmy „literatura absurdu” – w każdym razie zaczęliśmy tonem chyba zbyt poważnym, i to Ty zacząłeś... Może Twoje wątpliwości wynikają z tego, że przypisałeś temu utworowi „zbyt wysokie stawki”. To mimo wszystko zabawa – a też przy okazji mój prywatny hołd dla moich lektur sprzed paru ładnych lat: sam już nie mogę zliczyć tych różnych cytatów. Ale tym nie ma co się chwalić, to raczej teraz robi złe wrażenie.

Max Wolski: Ale ja Cię właśnie pomęczę jeszcze chwilę na serio. Na razie, zupełnie jak Twój narrator, mnożysz wątki, a czytelnik chciałby mimo wszystko jaśniejszych odpowiedzi. No to powiedz, jak Ty byś określił dominujący nastrój powieści. Nie chodzi mi o wyliczankę, ile jest tam nastrojów…

Wiktor Rusin: Nie wiem, czy taka odpowiedź Cię zadowoli. Ale myślę, że Wakacje są przede wszystkim powieścią radykalnej nieufności –  sądzę, że na pewno nie do życia w ogóle, ale do wielu jego płaszczyzn. Być może już tego poziomu nieufności nigdy nie przekroczę w żadnym z pisanych tekstów, przynajmniej w sensie pewnej ostentacyjności narracji, bo w głębi z tej podejrzliwości chyba nie wyleczę się nigdy. Oczywiście, można mówić o różnych poziomach nieufności: nieufność polityczna wobec płytkich, ogłupiających czy, co gorsza, pseudo-poważnych dyskursów i pseudo-pedagogiki z nimi powiązanej oraz druga – bardziej „metafizyczna” – nieufność wobec określonych doznań i obrazów.
Tylko, że tu pojawił się problem z rozegraniem owej nieufności. Na przykład dla mnie czymś zdecydowanie zbyt łatwym, a na pewno już opowiadanym wiele razy byłoby wprowadzić jako bohatera postać w najbardziej dosłownym sensie zagubioną, wyalienowaną, neurotyczną, niezaradną, a nawet fizycznie niepozorną. Albo postać współczesną, klarowną socjologicznie, zżeraną przez problemy bytowe itp., inteligentnego, „zbyt inteligentnego” jak na możliwości zewnętrzne, którymi rozporządza, studenta bez oparcia w przyjaciołach i rodzinie, w dużym mieście, z problemami, żeby się utrzymać do końca miesiąca… To jest gdzieś między wierszami, tzn. pojawia się sugestia, że „prawdziwy Guliwer” może być kimś o dosyć prozaicznej biografii, ale to trzeba schować. Znacznie trudniejsze – i być może bardziej prowokacyjne – jest zacząć od przygód bohatera na pozór aż do absurdu powierzchownie pięknego, odważnego, radzącego sobie do perfekcji z każdym aspektem „codziennego życia”, słowem: komercyjny ideał „spełnionego człowieka sukcesu”, coś jak postać z domeny jakiegoś realizmu kapitalistycznego. Ktoś, kto na pozór nie ma żadnych problemów z funkcjonowaniem w tak a nie inaczej urządzonym świecie i szybko by pewnie przystosował się, gdyby to urządzenie świata któregoś dnia się zmieniło. Oczywiście, są to pozory – jako problem stają się tematem.

Max Wolski: Czy nie boisz się, że zostanie to odczytane jako sztuczność, nadmierne zdystansowanie? Skoro przebojowość głównego bohatera jest „pozorna” (co akurat każdy czytelnik chyba bez problemu rozpozna)?

Wiktor Rusin: Sztuka jednak ma to do siebie, że jest sztuczna (co nie znaczy, że nie może mieć realnego znaczenia w życiu, społeczeństwie itd.). A zwłaszcza literatura. Inna rzecz, że Wakacje przeszły skomplikowane koleje losu. Dzisiaj być może postawiłbym ten problem w nieco innym kontekście – gdybym to pisał na nowo, uzupełniłbym to może o wyraźniejszy, mniej przewrotny i nie aż tak prowokacyjnie ambiwalentny, kontekst polityczny. Chociaż to oczywiście byłaby już zupełnie inna książka, która może kiedyś jeszcze powstanie. W każdym razie być może moje idiosynkrazje co do tego, jaką narrację się nam „wmawia”, musiałbym uaktualnić. Jedna moja awersja pozostaje ta sama: do pewnego rodzaju przymuszania pisarzy i czytelników do weryzmu, a zwłaszcza psychologizmu. Chodzi mi o pewne wersje koncepcji, zgodnie z którą w imię jakiegoś tam przeciwstawienia się „popkulturze”, „konsumpcjonizmowi” czy „komercji” artysta miałby przedstawić „prawdę życia” i jego „trudną stronę”. Oczywiście, samo założenie jest, powiedzmy, szlachetne i chyba nikt nie zdystansuje się od niego tak do końca, ja też nie, nawet jeśli podchodzę do tego pewną „metodą nie-wprost”. Czymś gorszym jednak jest nachalny brutalizm, pseudo-dokumentalizm czy ten cały nurt moralizatorsko-terapeutyczny. Trochę na takiej zasadzie: „Dobrze – powie ktoś – tyle epatuje się fizycznym pięknem, przyjemnością i młodością, podczas gdy mało kto z nas przeżyje swoje życie bezboleśnie, nikt też nie uniknie zniedołężnienia i starości, chyba że umrze przedwcześnie, co też jest dla większości mało pożądaną opcją. Nie mówiąc już o finansach. Więc pokażmy tę prawdę…” Pomijam już, że mam wątpliwości co do tego, czy naprawdę aż tak bardzo jesteśmy zachłyśnięci tą powierzchownością i czy to jest największą z naszych wad. Gorsze wrażenie budzą próby odpowiedzi na tego typu diagnozę w różnych programach artystycznych: Pokażmy zatem cierpienie, obejrzyjmy je pod lupą, rozbabrajmy je, pokażmy konsumentowi – myślę, że to demagogia! Żeby było jasne – sam uwielbiam mocny naturalizm, nie chodzi mi więc o środki!!!, ale o przesłanki intelektualne, które temu towarzyszą. Bezgraniczne zaufanie obrazowi albo słowu jako nośnikowi istotnego problemu życiowego to coś, co można zrozumieć u czytelnika, ale pisarz chyba jest od tego, żeby przynajmniej raz w życiu spróbować z tym powalczyć. Tak jakby maksymalnie dokładne odegranie cierpiącego z bólu zawsze przybliżało nas do istoty tego, co naprawdę czuje cierpiący. Czytałem gdzieś, u któregoś z filozofów analitycznych – nie to, że to moja codzienna lektura – taki przykład: Wyobraźmy sobie, że jedna osoba poddawana jest działaniu jakiegoś silnego bodźca wywołującego wyjątkowo gwałtowny ból. Jednak jest na tyle wyćwiczona, że nie daje po sobie tego poznać w żaden sposób. Druga żadnego bólu nie odczuwa, ale doskonale udaje gesty, westchnienia, okrzyki cierpiącego wyjątkowo silny napad boleści. Według założeń teorii behawioralnej – pisał ten filozof – należałoby konsekwentnie stwierdzić, że pierwszy nie odczuwa bólu, a drugi go odczuwa.
Ten właśnie przykład mnie zafascynował przy tworzeniu Wakacji. Wydaje mi się, że program autentyczności katuje wizją tego drugiego człowieka i chce, żebyśmy uwierzyli, że go boli. Mnie za to bardzo zainteresował kazus pierwszy. Przypadek człowieka, który notorycznie gra na zewnątrz, wykonuje jakiś teatr, „taniec” itp., podczas gdy jego wnętrze pozostaje absolutnie odmienne, niemalże nieuchwytne, a jednak niepokojące.

Max Wolski: Co w takim razie proponujesz przeciwko tej „prostej autentyczności”?

Wiktor Rusin: Miałem kiedyś, kiedy to pisałem, propozycję odwrotną – skoro uważamy, że we współczesnych dyskursach jest za mało autentyczności i za mało głębi – pójdźmy w przeciwną stronę, pójdźmy w kierunku opisu tak bardzo sztucznego i nieprawdziwego, jak się tylko da – zobaczmy jak daleko zajdziemy, może ta sztuczność sama siebie zadławi.
Oczywiście, myślę, że palę w ten sposób wiele mostów za sobą.  Bo faktycznie, postacie można uznać za „odczłowieczone”, a tam gdzie mają jakąś głębię, jest ona tyleż zagmatwana, co psychologicznie mało wiarygodna. Można wyobrazić sobie kogoś, kto jest odporny na tyle fizycznie i psychicznie, że jakieś cierpienie, np. ciężką chorobę przyjmuje jak błogosławieństwo, wierząc, że uda mu się dzięki temu narzucić sobie wewnętrzną dyscyplinę, dostrzec to, co najbardziej w życiu istotne. Można wyobrazić sobie kogoś, kto odrzuca miłość, rozkosz czy w ogóle jakąś łaskę, którą mu się oferuje. Można wyobrazić sobie kogoś, kto odczuwa wobec miłości czy cierpienia coś w rodzaju obojętności – ale obojętności „stoickiej” – zimnej, skupionej, poważnej. To w praktyce rzadkie przypadki, ekstremalnie rzadkie, ale powiedzmy mieszczące się w granicach psychologicznego prawdopodobieństwa. Ale trudno wyobrazić sobie kogoś, kto odnosiłby się do tych kwestii z taką dezynwolturą, ambiwalencją, jak mój Karol Guliwer. Sądzę, że dla czytelników utworów rozrywkowych ta dezynwoltura będzie i tak zbyt skomplikowana, z kolei zrazić się mogą zwolennicy „głębi i powagi” dość „klasycznie” rozumianej. Masz ci los.

Max Wolski: Nie mówmy na razie o reakcjach. Może takie pytanie. Stworzyłeś, jak widzę, pewien awangardowy program. W jaki sposób jednak miałoby się to przekładać na konkretne rozwiązania stylistyczne? Bo mogą one być bardzo różne, wręcz sprzeczne – co widzę u Ciebie. Z jednej strony widzę tu świadomie sztuczną „barokowość” , ceremonialność, szczegółowość i estetyzację opisywanych zdarzeń z drugiej strony  jakiś filmowy, a może i nawet „komiksowy” minimalizm z grą bohaterów-manekinów, których twarze w obliczu najbardziej dramatycznych zdarzeń zawsze zostają niewzruszone i jak gdyby papierowe. Co więcej, wydaje mi się, że chciałbyś osiągnąć jedno i drugie naraz.

Wiktor Rusin: „Bardzo różne” – to jest świetna odpowiedź! W ogóle muszę zaprotestować. Nie stworzyłem żadnego Programu, nie miałem na to ani dostatecznie dużo tupetu, ani ochoty! Estetyka dzieła jest mi najbardziej obojętna – w tym sensie, że nie jestem zwolennikiem jakiegoś nowego wyrazistego stylu pisania, który miałby dominować, nie wiem, w pierwszym dwudziestoleciu wieku XXI, a już na pewno nie czuję się ani na siłach, ani w powołaniu, żeby go współtworzyć. Nie chcę, żeby powstała seria powieści „w stylu Wakacji” – zresztą sam bym już nie napisał drugiej takiej – choćby dlatego, że byłoby to dla mnie nudne.

Max Wolski: No dobrze, może nie program literacki, ale pewna utopia. Nie masz wrażenia, że właśnie utopią jest taka stylistyka „opowiadania nie wprost”. Na marginesie robisz różne aluzje do utopijności, np. do Huxleya, kiedy człowiek sukcesu „Guliwer” w kilku fragmentach snuje wizje jakiegoś nowego, powiedzmy – w szerszym sensie „liberalnego” – raju w miejsce dzisiejszej Polski albo mówi o niej trochę jak Baudrillard o Ameryce.

Wiktor Rusin:  O ile dobrze pamiętam, są tam gdzieś na marginesie takie smaczki. Snuje takie wizje, po czym je przekreśla – tym „dadaistycznym kopniakiem”, o którym już mówiłeś. To na marginesie, ale w ogóle się zgodzę. Utopia albo antyutopia – trochę to idzie w tym kierunku. Nie chodzi jednak, przynajmniej nie w tej książce – co najwyżej gdzieś w tle – o utopię ściśle polityczną.

Max Wolski: A czym są – może zdradź na koniec – tytułowe „Wakacje” – czy one nie są same w sobie utopią…?

Wiktor Rusin:  Może właśnie trochę tak. Coś w rodzaju karnawału, który zawiesza „zwykły porządek  rzeczywistości”. Bohater (dla uproszczenia mówię o dominującym bohaterze) jest bogaty, ale pieniądze pojawiają się same, nie wiadomo skąd, można podróżować „dokądkolwiek” – równie dobrze siedzieć w miejscu albo chodzić bezładnie po mieście, co polecieć gdzieś do jakiegoś egzotycznego kraju. Zdarzenia przebiegają w skrajnych tempach i pozostają bez konsekwencji – np. inercja przechodzi w seksualną orgietkę, pełen zadumy spacer po mieście w bijatykę z żulami, która się nagle urywa, samobójstwo można popełnić ot tak sobie, uczucia są skrajnie nierównomiernie rozłożone – tzn. można z obojętnością podchodzić do „najważniejszych” faktów życia jak relacje z rodziną, a na śmierć przejmować się jakimiś detalami. Od „głębi”, „biografii” itp. ważniejszy jest określony wizerunek zewnętrzny, śmierć jest zdarzeniem tyleż przejmującym, co jak gdyby mechanicznym, nieludzkim, bohater pali non stop papierosy, ale na ogół, jak pisze, bez zaciągania (bo jak pisze, znów zapomniał). Setki innych absurdów – wymieniłem tylko te najoczywistsze, żeby nie psuć lektury. Ale pomijając fakt, że to wszystko jest fikcją stworzoną przez anonimowego narratora, którego sytuacja jest zapewne bardziej prozaiczna, ta „utopia wakacji” ma swoją antyutopię. Lęk przed przyszłością, nuda, rozchwianie emocjonalne – te wszystkie stany „pospolitego” życia i na tych Boskich Wakacjach powracają, chociaż w formie analogicznie „wykręconej”. Bohater niby na koniec swoich podróży, wręcz po „nietzscheańsku” triumfuje – ale głównie we własnym przekonaniu (pusta karuzela przy szosie, której opis kończy ten bełkotliwy monolog autoafirmacji w przedostatnim rozdziale, w ogóle nie widzi tego jego triumfu). A poza tym, a raczej przede wszystkim wakacje kończą się i trzeba wrócić na ziemię. I teraz jest pytanie – po co mu to było? I komu? – bo status narratora jest niejasny. Zostawiam to otwarte.

Max Wolski: Tu chyba wreszcie podobnie odbieramy Twoją powieść. Miejmy nadzieję, że i Czytelnikowi udzieli się jej osobliwy nastrój. Dziękuję za rozmowę.